Bieszczady

 

 

 
   

 

 

W Bieszczady szykowałem się przez kilka ostatnich lat, w tym roku wypad doszedł do skutku.

 Jest ok. 5 rano na dworcu w Rzeszowie, uuf jakoś dojechałem po12 godzinach jazdy jestem padnięty , niewyspany, ale jestem w u bram Bieszczad. Postanowiłem jeszcze w pociągu ze jadę z Rzeszowa na południe kierując się tylko intuicją i kompasem. No to w drogę, zanim wyjechałem z miasta miałem na liczniku około 15km. fajnie, jadę teoretycznie na południe czasami zachód albo wschód omijając główne drogi , ale do przodu , mapy i tak nie miał bym już gdzie jej kupić . Pod drodze Sanok, Jasło, Zagórz . I tak jakoś z przygodami po przejechaniu ok. 160km. dotarłem do Komańczy , noclegi załatwiłem sobie u Sióstr w klasztorze.

 

Dzień II

Szosą do Ustrzyk Górnych i z powrotem, ciekawie ale bez przesady, w końcu to słynna duża obwodnica Bieszczad, i jej serpentyny , na nich pobiłem swój dotychczasowy rekord góralem na szosie 70km/h , ciekawe zjawisko pomimo 30 stopni powyżej zera przy 50km/h i szybciej czuję się bardzo przenikliwe zimno . W kilku miejscach zjechałem z asfaltu na szlak, tam niestety, przykra sprawa, zakaz jazdy rowerem, dość rygorystycznie respektowany przez straże wszelkiego typu i kalibru. Dzień zakończyłem  ze 170 km na liczniku całkiem niezły wynik.

Dzień III

Dzisiaj Beskid Niski  /opis oddzielny/

 Dzień IV

Po wczorajszym wyjeździe do Beskidów zaplanowałem na dzisiaj trochę odpocząć i pojechać max 50km. Wybrałem trasę, którą mi opisał znajomy. Szosą na północ do miejscowości Rzepedż , potem skręciłem na prawo do Turzańska jest tan stara cerkiew , była niedziela więc wstąpiłem na mszę prawosławną , niewiele zrozumiałym ale liczą się intencję , potem pod górę jeszcze jakieś 4 km i jestem na szczycie Przełęczy nad Turzańskiem , trochę ogarnęło mnie zwątpienie czy po tym terenie przejadę , wyciągnąłem lornetkę poparzyłem na przeciwległy szczyt i następnie na mapę i rzeczywiści tu mogła być kiedyś droga , są ślady na mapie i ślady na obu zboczach .

 Jadę na dół ścieżka sprowadza mnie do malutkiego brodu, po przejechaniu wąskiej rzeczki zaczynam podjazd i po około 1km. jestem na przeciwległym szczycie. Droga rzeczywiście jest tak jak mówił znajomy. Na szczycie najbardziej zdziwiły mnie płyty betonowe ułożone od samej podstawy góry, jakieś 2km. może nawet z hakiem , zjeżdżając po nich trochę sobie odpocząłem następnie zakręt w lewo i dalej też po płytach aż do drogi w kierunku Kalnicy i dalej . Drogą szutrowo ziemną do samej Kalnicy,

Potem asfaltem do miejscowości Średnie Wielkie i skręcam w lewo do lasu , jest super cały czas pod górkę jakieś 5km. ale da się jechać pełen komfort, las jest typowo Bieszczadzki mieszany, ładny, potem cały czas zjazdy i podjazdy na zmianę mijam fantastyczne wąwozy i jary , dojeżdżam do miejscowości i koło leśniczówki w miejscowości Kałusze już jestem już na asfalcie i jeszcze Szczawne  , Rzepedż  .

Tu zamyka się dzisiejsza pętla i już tylko do Komańczy kilka kilometrów. Jest zbyt wcześnie aby wracać na nocleg. Jadę do centrum, i to miłe zaskoczenie, jest jakiś festyn i gra fajna kapela „Orkiestra Św. Mikołaja” jest odpowiednia atmosfera, wszyscy się bawią wyśmienicie, to zasługa właśnie tego zespołu .

Dzień bez żadnego zmęczenia na liczniku ok. 60km i rzeczywiście odpocząłem.

 

Dzień V

Na dzień dzisiejszy zaplanowałem Zalew Soliński , to jadę w kierunku na południe, przy kościelne w Komańczy zjeżdżam z asfaltu i już jestem na czarnym szlaku Szwejka , jeszcze most w Prelukach  i nic nie zwiastuje późniejszego zdziwienia , kilka kilometrów pod górkę po dobrej drodze gruntowo szutrowej , rezerwat przyrody Przełom Osławy pod Duszatynem, fajne miejsce , potem miejsce gdzie wypalano kiedyś węgiel drzewny , jakieś  stare zabudowania  , cały czas fantastyczne, niezapomniane widoki .

I mamy bród, nie przeczuwając kłopotów nawet nie zredukowałem biegów woda która wydawała się płytka miała około 30 40cm. Prąd rzeki zaczął mnie ściągać na krawędź płyt betonowych, musiałem się ratować i zeskoczyć z roweru, troszkę się zamoczyłem tak gdzieś do kolan a najgorsze że buty przemiękły doszczętnie . Trochę się wysuszyłem i jadę dalej, droga jest cały czas doskonała, a tu kurde następny bród , nauczony doświadczeniem poprzedniego przejazdu profilaktycznie przeprowadziłem rower , z plecaka wyjąłem mapę , zacząłem ją przeglądać i rzeczywiście na mapie są one zaznaczone , więc pozostał mi jeszcze jeden , ten trzeci też pokonałem na nogach .

Zawsze jak przeglądałem zdjęcia z gór trochę mnie dziwiło to że cykliści przenoszą lub przeprowadzają rowery a nigdzie nie było widać przejeżdżających rowerzystów, teraz już wiem i długo będę pamiętać. Dojeżdżam do Mikowa skręcam w lewo i dalej drogą leśną jadę cały czas pod górę aż do Przełęczy Żebrak to naprawę trudny podjazd, bardzo stromy i długi a i droga robiła się coraz gorsza.

Trudy podjazdu rekompensują widoki, naprawdę warto się potrudzić. Jeszcze przed szczytem zatrzymali mię leśnicy zabierający drewno ze stosów przy drodze, trochę pogadaliśmy o okolicy, zdziwieni trochę że zdecydowałem się na drogę akurat tędy. Jeszcze trochę i już jestem na szczycie , teraz już tylko zjazd trochę szkoda że droga jest bardzo bardzo kiepska i nie da się polecieć , trzeba niestety grzać moje hample i to tak na długości około 3km. , skrzyżowanie przy miejscu gdzie wypalają węgiel drzewny, to muszę skręcić na lewo i całkiem przyzwoitą drogą mijając młyn do kamieni dojeżdżam do asfaltowej drogi, teraz kieruję się w lewo do Baligrodu , po prawej pomniki jaszcze z poprzedniej epoki .

I sam Baligród , cicha , senna miejscowość, pomnik Świerczewskiego i dalej na prawo na Stężnicę , następny męczący bardzo bardzo długi podjazd tak ok. 5km. i już zjazd to se odpocząłem potem dwie miejscowości Gorzanka  i Wylkowyje , następne dwa brody i jestem nad Zalewem Solińskim , w Wylkowyjach zjeżdżam nad wodę , trochę odpoczywam i jadę do Polańczyka , serpentyny i super widoki na zalew .

 Sam Polańczyk trochę mały to szybciutko objechałem i z powrotem tą samą trasą do Baligrodu. Tu skręcam na prawo i jadę w kierunku na Lesko asfaltem tak gdzieś ok. 4km. potem Zachoczewie skręcam w lewo parę kilometrów i już dalej jak wczoraj przez Kalnicę , Turzańsk i Rzepedż do Komańczy . Trasa średnio trudna, dość długa ok. 120km. i spora różnica wysokości , naprawdę niezapomniane widoki polecam.  

                              

 Dzień VI

Postanowiłem wybrać się na Słowację i zobaczyć słynne na całym świecie muzeum Pop Artu , jadę w kierunku granicy , serpentyny na sam szczyt , nowy asfalt , ruch zerowy , dziwne ale niema nikogo na przejściu , wszyscy przenieśli się na Słowacką stronę do miejscowości na dole . Jadąc na dół odpocząłem , hamulców też nie grzałem kilka minut i jestem na dole krótka odprawa graniczna , formalność , śmieszne komentarze że podjechać to na pewno nie podjadę .

Słowacja nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia , w samej miejscowości której chyba nie da się zapamiętać , nikt nie był mi w stanie wytłumaczyć jak znaleźć samo Muzeum Andy Worhola , nic to wracam do Komańczy jeszcze serpentyny , faktycznie ciężko ale po godzinie jestem już na szczycie przełęczy granicznej , teraz to już betka cały czas na dół .

Dzisiaj niewiele ok.70km.

 

 

Strona Bieszczadzkiego Parku Narodowego

 

 

 internetowy serwis Bieszczadzki

 

dobra strona o Bieszczadach