|
Do druku przygotował:
Adam Krzeski
Druk na prawach rękopisu.
Niniejsze wspomnienia zostały napisane na podstawie ustnych wywiadów i
przemyśleń pana Antoniego Zająca zapisanych w wersji elektronicznej przez
pana Romana Bareję oraz na podstawie jednodniówek Światowego Związku
Żołnierzy Armii Krajowej Obwodu Siedlce „Sowa", Podlasie w walce.
Urodziłem się 13.10.1918 roku w Domanicach. Ukończyłem 5 klas
szkoły powszechnej i kursy przeszkolenia wojskowego, które prowadziły
wzorowo Zofia Czarnocka i nauczycielka Chadeniecka.
Padł pomysł rzucony przez ojca Bogdana Piotrowskiego, majora, żeby
zorganizować strzelnicę w Domanicach. Zmówili się chłopaki z Domanic,
Olszyca, Czach i zbudowali obiekt na koloni Domanice.
Jak była zbudowana strzelnica dowódcą, który nas szkolił został Stanisław
Rajkowski, Piłsudczyk. Było nas 40 - 60. Szkoliliśmy się 4 dni w tygodniu.
Każda grupa miała swój dzień na przeszkolenie. Trwało to 35 - 36 tygodni.
Strzelaliśmy dobrze. Zrobili mnie brygadzistą 4 grupy abym pilnował
porządku. Wszystko to finansowała gmina. Odpowiedzialnymi za wszystko byli
wojskowi, Piotrowski, a później Stanisław Zgorzałkowski z Olszyca, który w
roku 1937 zmarł. Zastąpił go chyba sierżant Andrzej Cabaj z Czach. Nauczyli
nas musztry, obchodzenia się z bronią i strzelania z ostrej amunicji.
1939 rok
Głośno jest o zbliżającej się wojnie. Przerzucili nas do Siedlec. Byłem tam
od maja do sierpnia. Druga mobilizacja. My jak wojskowi. Ściągnięci
przymusowo, pod dowództwem. We wrześniu było nas około 80 ludzi na
przeszkoleniu. Jak nadleciały samoloty i zaczęły bombardowanie wszystko
poszło w rozsypkę. Pouciekali. Z tej grupy moich kolegów tylko paru poszło
do marynarki wojennej i do żandarmerii. Mnie nie przyjęli do wojska. Nie
mieli umundurowania i uzbrojenia.
Walki cofających się Wojsk Polskich w
okolicach Domanic
Przypominam sobie front na naszym terenie w Domanicach i w gminie Domanice w
1939 roku we wrześniu.Wojska polskie szły bezładnie noc i dzień. 14-tego w
nocy Niemcy zajęli Domanice, a Polacy Olszyc, Trzciniec, las rządowy,
Jagodne i przesuwali się na Jedlankę, na Lublin. Nad ranem front ujawnił
się.W Domanicach bili się od trzeciej nad ranem do godziny ósmej
-dziewiątej. Zwyciężyli Niemcy. Było bardzo dużo rannych. Niemcy pozganiali
ze wsi chłopów i furmankami zwoziliśmy ich cały dzień. Musieliśmy zbierać
ich po lasach i po krzakach, i Polaków i Niemców. Wszystkich ich zwoziliśmy
do kościoła. Tam rozesłano słomę i układaliśmy ich w dwóch szeregach, jak
zabrakło miejsca to po środku. Niemcy leżeli oddzielnie, a część ich od razu
ładowano na samochody i wywożono.
Co do rannych, to leżeli oni do pierwszego października 1939 roku. Ksiądz
prosił Niemców, jeździł do Starostwa, żeby zabrali z kościoła rannych do
Domu Ludowego, a część ciężej rannych do Siedlec. Ciężej rannych umieszczono
na furmanki i odwożono ich do Siedlec. Nasze kobiety jak ranni odjeżdżali to
przygotowały mleko, kaszę, herbatę i inne rzeczy. Podawały wodę żołnierzom
naszym i Niemcom. Niemcy za to byli wdzięczni i pochwalili mieszkańców
Domanic.
Po przegranej bitwie trzech polskich żołnierzy ze sztabu z kasą pułkową
udało się do proboszcza Błachnio po kryjomu przed Niemcami, że niby zwożą
rannych i środku opatrunkowe. Prosili o przechowanie kasy, że jak zwyciężą
to odbiorą, a w razie klęski to, choć ksiądz niech odprawi za nich mszę
św.No i ksiądz nic nikomu nie mówiąc w 1940 roku, bez zgody rady
parafialnej, bo w tym czasie nie istniała sam tymi pieniędzmi zarządził.
Zamówił wagon cegły i prosił parafian, którzy mieli lepsze konie, bo do
Siedlec droga była piaszczysta i nie każdy koń dał radę iść, a z ciężarem
tym bardziej. Byli tacy gospodarze, co dwa razy obracali. Z tej cegły
postawił obszerną zakrystię i boczne nawy kościoła. Takim sposobem kościół
został rozbudowany i mógł pomieścić wszystkich wiernych.
Wójt prosił później księdza proboszcza, żeby coś powiedział na temat
funduszy na rozbudowę kościoła. Z parafii ani jeden grosz nie został zebrany
na tą inwestycję. Dopiero przed odejściem z parafii ksiądz przyznał się, że
to wojsko zostawiło pieniądze a on tylko wykorzystał je na rozbudowę. Poza
rozbudową przemalował kościół,zmienił podłogę, odnowił ściany. Odszedł z
parafii, że nawet nie wiedzieliśmy dokąd, a był blisko w Zbuczynie.
Trzech żołnierzy zginęło w Śmiarach. Już tydzień wcześniej było uzgodnione z
księdzem Błachnio o pochówku w Domanicach. Maria Piotrowska przywiozła
prześcieradła. No i tych trzech żołnierzy wyjęliśmy i przywieźliśmy do
Domanic na cmentarz. O godzinie dwunastej w nocy przed świątynią wyszedł z
podwórka ksiądz i poświęcił zabitych poczym złożono ich do grobu na
cmentarzu. Na mogile postawiliśmy im pomnik.
Okupacja
Bogdan Piotrowski wcielił do naszej organizacji i zrobił dowódcami dwóch
żołnierzy Wojska Polskiego z Poznania, co się ukrywali u Radzikowskiego pod
lasem. W 1940 roku pod ich okiem szykowaliśmy obozowisko i stanowiska w
jacie. Połowa tych przeszkolonych przed samą wojną to poszła do lasu, m. in.
Wacław Radzikowski, z Plut Leon Żurawski.
Był rozkaz, żeby nic nie rabować. Materiał do budowy obozowiska, papę,
gwoździe, koce i inne niezbędne artykuły do jaty były zdobywane na Niemcach
(przeważnie zaopatrzenie zdobywano z transportów kolejowych na trasie
Siedlce - Łuków).
W lutym Niemcy zaczęli przejmować konie i znaczyć je. W gminie było około
500 koni dobrych dla wojska. Niemcy mieli spis koni i klejmowali je. Nasi
zamieniali te konie na stare i niezdatne szkapy.
1940 rok
Po wybudowaniu obozu w Jacie założyliśmy biało-czerwona chorągiew na wysokim
chojarze. Było to koło kilometra od Gręzówki. Niemcy może by nas dosięgli z
erkaemów jakby podciągnęli pod las, ale nasza czujka czuwała. Zawiesiliśmy
ją we trzech. Tyka duża, a my po sośnie, po sośnie, po różnych gałęziach aż
do czuba. Zygmunt Wróbel tykę przybił gwoździami i przywiązał drutem. Flaga
powiewała aż do momentu, kiedy weszli Ruscy i zniszczyli ją. Prawdopodobnie
przyjechało parę samochodów Niemców do Gręzówki, tak mówili ludzie. Ale do
lasu nie wchodzili, bo był on oznaczony, co 100 metrów, że jest zaminowany.
Zrobili to Polacy.
1943 rok
Zrobiliśmy akcję w Borkach Kosach na pociąg, aby zdobyć broń,
którą Niemcy wieźli na front. Poszliśmy na akcję. Wystarczyło trochę
nieuwagi i przegraliśmy. Pociąg jechał wysoko na nasypie, bo wokoło były
błota. Nasi strzelali za nisko, wszystko szło w piach nasypu, bo nie mogli
się wstrzelać. A Niemcy z góry dobrze strzelali w kierunku lasu i zabili
dwóch naszych. Musieliśmy się wycofać. Broni nie zdobyliśmy. Akcja była
nieudana.
Ja wpadłem po pas w wodę, mrozek był mały, lód się łamał pod ciężarem.
JColedzy chcieli, żebym został w Jastrzębiach i osuszył się, ale ja
poszedłem do domu. Tylko zdążyłem wejść do domu, przylatuje tata i krzyczy,
że Niemcy nas otaczają. Raz dwa poleciałem do sieni i mokry po drabinie na
strych. Wciągnąłem drabinę na górę, w garść wziąłem cegłę i jak który będzie
szedł to w niego. I tak zginę, i tak zginę! Patrzę, po sąsiedzku był
lokator, wyprowadzają dwóch synów. Wyciągnęli też moją siostrę. Była to
łapanka młodzieży na roboty do Niemiec. Złapano 17 osób i w przeciągu 1,5
godziny odjechali. Wywieźli ich do Warszawy. Część wróciła za kaucją.
Dzwony kościelne
Niemcy mieli zabrać dzwony kościelne do przetopienia na broń. Córka
kościelnego, ładna dziewczyna, dowiedziała się o tym od niemieckiego
kochanka i dała znać ojcu, że z rana zabiorą dzwony. Kościelny dał znać nam
strażakom. My natychmiast przed północą odkręciliśmy ogrodzenie metalowe
wokół kościoła i z bramą zakopaliśmy na drodze do kościoła. Ludzie chodzili
po nich i nic nie wiedzieli, a Niemcy się nie poznali. Dzwonów nie udało nam
się zdjąć, bo baliśmy się je uszkodzić. Niemcy przyjechali rano już o
siódmej i zrzucili dzwony tłukąc je. Potłuczone wywieźli na przetopienie.
1943 rok
Z Lubelskiego przyszedł do Jaty ze swoją drużyną „Ostoja . Zorganizowano
sztab wojskowy. Z naszego terenu w sztabie był Bogdan Piotrowski „Cygan",
Jan Oziębło „Gamoń", Gorczak z Wiśniewa.
Dzięki temu zaczęto organizować poważniejsze akcje. Były akcje na pociągi,
na majątek w Seroczynie, na Kryńszczak. Przed każdą wyprawą była narada, na
której opracowywano plan akcji.
W celu podwyższenia gotowości wojskowej utworzono szkołę podoficerską. Było
dużo chętnych, młodych do 20 - 30-stu lat. Naszych chłopaków szkolił Izdebki
„Sokół". Na przeszkoleniu byli między innymi Władysław Bańkowski, Zygmunt
Wróbel oraz Leon Żurawski z Jastrzębi. Podostawali kaprali i częściej byli
brani na różne akcje.
Maj, 1943 rok
Niemcy mieli wywieźć z majątku w
Mościbrodach krowy. Z Jaty zaraz przyjechało nas kilkunastu i zabraliśmy ze
30 krów i świnie, które załadowaliśmy na wozy. I do Jaty. Zdążyliśmy
przejechać przez Kolonie Łupiny, Kolonie Mroczki, do lasu rządowego,
przeszliśmy jakieś 50 metrów, jeszcze krowy ryczały, a już dogonili nas
Niemcy. Zostawili samochody na koloni w Mroczkach i tyralierą ruszyli do
lasu. Dalej już nie szli. Las oznaczony był trupimi głowami na czarnym tle.
W Mroczkach tylko rozpytywali się u sołtysa ilu było tych żołnierzy. Sołtys
odpowiedział, że nie liczyli, ale dużo, bo myśleli, że to idzie front. Na
trzeci dzień dobre krowy chłopi odkupili, a pieniądze zużytkowało dowództwo
na nasze cele.
Czerwiec, 1943 rok
Dostałem rozkaz, żeby zabrać w
Siedlcach tajną prasę dla naszych chłopaków. Był wtorek, dzień targowy,
pełno ludzi. Pojechałem. Kazali iść ulicą 3 maja. Minąłem Kilińskiego, 100
metrów dalej otarła się o mnie kobieta, około 60-letnia. Szła chodnikiem.
Wymieniliśmy hasła. Ona: „Chodź pan ze mną." Poszliśmy może 400 metrów.
Prowadzi mnie koło siedziby SS. Skręca. Ja za nią. Ta kamienica z czerwonej
cegły stoi do dziś na rogu ul. Ściegiennego. Wszedłem do bramy. Na lewo są
drzwi. Kobieta stanęła obok mnie. Do mnie doskoczyło dwie Niemki: „Ręce do
góry!" - wyjęły mi koszulę ze spodni, podniosły i owinęły wokół piersi
opaskę z prasą i przypięły taśmą. „Gotowy!" Ja: „I co dalej?" „Dobrze
będzie. Nic nie gadaj!" Były to Polki tam pracujące. Starsza kobieta wyszła
pierwsza a ja za nią. Uszliśmy ulicą 3 Maja w kierunku mostu Garwolińskiego
może ze 300 metrów, patrzę, a jej nie ma. Chciałem się zapytać, co z tym
zrobić, gdzie mamy iść. Uciekła gdzieś w bramę. No i nic. Trzeba z tym iść
na rynek. Ale cóż zrobić? Tu słyszę strzały. Podchodzę pod kościół
garnizonowy. Strzelanina, karabiny maszynowe i pojedyncze strzały. Myślę:
„Boże prowadź mnie!" Przechodzę w stronę rynku. Obecnie znajduje się w tym
miejscu dworzec autobusowy PKS. Po jednej stronie idzie trzech Niemców 20
metrów jeden od drugiego, uzbrojeni w bagnety na karabinach. Po drugiej
stronie to samo. Jedni idą w jedną stronę, drudzy odwrotnie. Wola Boska.
Idę. Odwróciłem się koło muru bokiem, minęli mnie. Nawet się nie obejrzałem.
Za mną strzelali, ale do kogo nie wiem. Doszedłem do rynku. Nie wiedziałem,
co zrobić z przesyłką. Przy wejściu był kram z dużą ilością glinianych
garnków do kwiatów i do mleka. Obok siedziała Żydówka. Ja wyrwałem spod
siebie opaskę (miałem kłopot z oderwaniem jej) i w tą Żydówkę. A ona: „Bandyt!
Bandyt!" A ja pomiędzy ludzi. Idę w kierunku hali targowej już spokojny.
Nagle z tyłu: „Halt! Ręce do góry!" Ja nie zrozumiałem. Uderzyli mnie.
Zalałem się krwią. Prowadzę mnie z rękami w górze do stołu, gdzie
legitymują. Stoi już tam złapanych blisko dziesięciu. Zostałem zakładnikiem.
Był tam też Tokarz, sąsiad. Tak stałem od jedenastej do trzeciej. Było
piekło! Byłem w dużych skórzanych butach. Ze strachu i gorąca to pot z nich
wypływał. Może trochę uratowało mnie to, że gdy Niemcy przyjeżdżali do
Domanic to szli z policją niemiecką do karczmy Redesa, a ja nieraz tam
siedziałem i mnie poznali, że jestem z Domanic i mnie obserwowali. Pić się
chciało. Stojący przede mną mężczyzna przewrócił się do rynsztoku. Wreszcie
krzyczą do mnie: „Kom!" Prowadzą mnie do stołu. Ja pierwszy a dwóch za mną.
Wyjąłem dokumenty, zauważyli przepustkę niemiecką strażacką. Wójt, który z
nimi był pyta się gdzie ja mam opaskę, a Niemiec: „Ja. Ja!" Wójt: „Leć
szybko ulicą Warszawską, przedostań się do Białk, do Grabinowa. Tam jest
brat Niedziółkównej, jest ona aresztowana i przeznaczona na wysyłkę na
roboty do Niemiec." Zrobiłem jak mi kazał. Do domu odwiózł mnie Niedziółka.
Zasadzka na partyzantów
W czerwcu 1943 roku raniutko przed godziną szóstą Niemcy zrobili na
partyzantów zasadzkę koło kościoła. Ustawili się za parkanem w kierunku
Kopci i Czach, z bronią maszynową Myśmy o tym nie wiedzieli. Ojciec mówi
jakoś Niemców pełno. Wyszedłem i dałem znać kolegom, żeby byli w pogotowiu.
Rano. Każdy czeka, co będzie. Niemcy zaczęli już strzelać w kierunku Kopci.
Do kościoła było ze 100 metrów. Podczołgaliśmy się. Niemcy rozwalają parkan
i wychodzą. Wróbel pociągnął z karabinu. My za nim. Oni też strzelali, ale
nie wiedzieli, w którą stronę. Wymiana ognia trwała kilka - kilkanaście
minut. Mieli dużo rannych. Jak ich zabierali to aż dwoma furmankami. Został
też jeden zabity.
Myśmy mieli jednego rannego w nogę i zaraz umieściliśmy go w punkcie
sanitarnym w Olszycu u Stefana Dymowskiego. Jak Niemcy strzelali zza parkanu
to jechało na koniach trzech rosyjskich partyzantów z Kopci i śpiewało.
Pojechali po żywność i popili sobie. Jechali w kierunku Domanic. Niemcy
zabili im dwa konie i jednego partyzanta ranili. Ten się bronił i paru
postrzelił. Ruskie uciekli. Jak oni uciekli to Niemcy przyjechali w większej
ilości o godzinie dziesiątej sprawdzać jak to było. Szukali bandytów,
rozpytywali się ludzi, jak i co. Wszyscy byli ostrzeżeni, że to byli
Sowieci. Nasi operowali na naszym terenie a ludzie zwalali to na Ruskich.W
walce z Niemcami brali udział: dowódca Bogdan Piotrowski ps. „Cygan",
Stanisław Strzałek ps. „Mrówka", Zygmunt Wróbel ps. Trzmiel',', Jan Oziębło,
Wacek Bednarczyk, Marian Bańkowski, Zygmunt Cegłowski, Antoni Zając.Gdy
zaczęły się rabunki partyzantki rosyjskiej na naszym terenie w 1943 roku
„Ostoja" pojechał do Trzcińca i Kopci i zakazał rabunków: „Kara śmierci,
będziemy was prześladować. U swoich ludzi możecie rabować, ale u nas nie
wolno, nie wolno nawet ruszyć jednej koszuli." Przez to była nienawiść, ale
rabunki ustały, Sowieci ustatkowali się.
Przywory
Było pogotowie. Wszystkie drogi do Siedlec zostały zatarasowane. Podane
było, że Niemcy otoczyli Domanice i rabują, ludzi łapią. Jak odjeżdżali to
popsuli nam szyki i zamiast na Siedlce, to pojechali na Tworki i ominęli
nas.W czerwcu była blokada Niemców na Domanice. Ustawili się na koloni
Domanice, 1,5 kilometra od nas. O godzinie siódmej zajęli wiatrak w
Podzdroju (wsie te leża około 700 - 1000 m od Domanic).. Punkt obserwacyjny
ustawili w stodole Siąćka. Wywiercili w szczycie stodoły okienka i
obserwowali Domanice. Co robić? Bogdan Piotrkowski ps. „Cygan", jak zaczęli
się rano okopywać mówi do mnie: „Jedź do Olszyca, do Leona Kuziaka ps.
„Szary3' (który miał paru równych chłopaków) i niech przybędzie bronić
Domanic." Oddział AK z Olszyca z 17 ludźmi wyposażonymi w broń pojedynczą
(karabiny jednostrzałowe) oraz w jeden karabin maszynowy objęli stanowisko
około 100 m od Domanic po lewej stronie na otwartej przestrzeni łąk w
kierunku koloni Domanice i Podzdroju. Oddział AK Domanice obstawiał podwórze
por. Piotrowskiego. Dwóch ludzi na początku Domanic - Marian Bańkowski i
Zygmunt Wróbel ps. „Trzmiel" uzbrojonych w granaty i f>epeszki, reszta
podzielona na różne stanowiska w Domanicach. Dowódcami tych stanowisk byli:
Bogdan Piotrowski, Stanisław Strzałek i doktor Kur. Niemcy.mieli działka
przeciwpancerne i przed godziną jedenastą pierwszy raz strzelili w kierunku
kościoła. Spalili 13 zabudowań. Kościół ocalał, naruszono tylko mur. Za
jakieś parę minut (około godziny 12) wyprowadzili tyralierę na Domanice.
Odezwały się karabiny maszynowe. My nie mogliśmy się zorientować, ani bronić
się, bo broń mieliśmy zmagazynowaną w szkole, a tam stacjonowali Niemcy,
którzy przenieśli się z plebani i nie mogliśmy jej wydostać. Nasi zajęli
stanowiska około 100 m od ośrodka zdrowia. Niemcy ich napierali, a nasi
mieli tylko jedną pepeszkę i parę karabinów. Strzelaliśmy. Było to zrobione
bardzo sprytnie. Niecałe pół godziny, a raniliśmy jednego Niemca. Silne
natarcie AK odcięło go od pozostałych. Ja krzyczę, żeby Niemcy nie
strzelali. Przestali. Nasze sanitariuszki Janina Zając ps. „Krawcowa" i Hela
Gajowniczek ps. „Ładna" wyskoczyły z noszami i zabrały go do ośrodka
zdrowia, do doktora. Z parceli domanickiej przyleciał do nas sołtys Stasiek
Stanisławowski, wysłany przez Niemców i powiedział, że jak oddamy całego
rannego to nie będzie represji i nie będą strzelać. Więc go na wóz i do
Niemców. Po dziesięciu minutach odeszli. Raz dwa się zabrali. Wszystko
skończyło się pomyślnie.Cały oddział Armii Krajowej Domanice był pod
dowództwem porucznika Bogdana Piotrowskiego ps. „Cygan". Nikt nie został
ranny ani zabity. Obyło się bez strat osobowych.W oddziale byli: Jan Oziębło
- kierownik szkoły, Zygmunt Cegłowski, Stanisław Strzałek, Antoni Zając,
Zygmunt Wróbel, Wacek Bednarczyk, Stanisław Lański, Hela Gajowniczek, Janina
Zając, Stanisław Michałowski, Jan Piotrowski, Stanisław Posiadała, Marian
Bańkowski, Julian Koć, Bolek Niedziółka i inni.Ściągnięcie oddziału Armii
Krajowej Olszyc podyktowane było brakiem dostępu do broni, która znajdowała
się w ukryciu w szkole znajdującej się na koloni Domanice, a także
zwiększeniem liczby wyszkolonych ludzi.
Około 19 - 20.IX.1943 roku, akcja na
kartofle
W Domanicach były kartofle w kopcach z kontyngentu obok plebani zajętej
przez Niemców. Zaraz na jesieni Ostoja postanowił rozbroić tych Niemców i
zabrać kartofle dla obozu partyzanckiego w Jacie. Powiadomił nas o tym
dowódca Bogdan Piotrowski. Akcja nastąpiła koło godziny 19. W jednej minucie
rozbroiliśmy 2 wartowników przed budynkiem bez żadnego strzału. Zaczęliśmy
się dobijać do plebani. Z plebani zaczęli się bronić Niemcy i strzelać w
kierunku kopców. Trwało to około 15 minut. W oknach budynku były założone
druciane siatki i od tej obrony, od strzałów okna stały się aż czerwone.
Chcieliśmy dobrać się do nich od strony mieszkania księdza. Ksiądz uprosił
nas, aby nie rozbijać ściany i ustąpić. Tak zrobiliśmy. W tym czasie
załadowano ziemniaki na furmanki, które odjechały do Jaty. Dwóch Niemców,
których rozbroiliśmy zabraliśmy ze sobą do Jaty. Jeden był do końca wojny.
Czyścił buty, broń. Był taki potulny. Pochodził z Czech i dość dobrze mówił
po polsku. Drugiemu zawiązaliśmy oczy, wywieźliśmy pod Wiśniew i puściliśmy.
Oczywiście bez munduru, który przydał się nam na różneakcje. Po tej akcji
Niemcy wynieśli się z plebani do szkoły w Domanicach.
Zrzut broni dla partyzantów, meldunek,
23 IX.1943 rok
Otrzymałem rozkaz od dowódcy drużyny doktora Kura bym przekazał meldunek do
Łupin Staszki - na hasło „Maska" odzew „Modlin", z wiadomością, że Niemcy
zajęli Domanice i że mają się połączyć z Wiśniewem.Meldunek otrzymuję około
godziny 24. Wycofuję się na otwarte pole i chyłkiem biegnę przez pola do
Pieńk. Pierwszy punkt miał Czesław Bączek ps. „Rozwora" - był nieczynny.
Biegnę do Łupin na drugi punkt obstawiony przez Stanisława Mędzę. Chociaż
sygnał się świeci, nikogo nie ma. Wyruszam na las Wiśniewski. Gdy docieram
do lasu, około 50 m słyszę szmer a po nim głos: „Stój! Podaj hasło!" Po
wymianie hasła proszę o zaprowadzenie mnie do głównego
dowodzącego.Doprowadzono mnie do Bogdana Piotrowskiego ps. „Cygan".
Zameldowałem, że Niemcy są w Domanicach i mają zamiar iść na Wiśniew. Koło
dowództwa stały dwie furmanki wraz z kolegami: Jan Sokołowski, Stanisław
Michałowski, Julek Koć i z Wiśniewa -nauczyciel Gorczak i Cezary Jużyk.
Maj
W kościele domanickim są odprawiane nieszpory. Stoimy razem z kolegą
Rechniem, który był praktykantem w nadleśnictwie. Msza się odprawia. Raptem
on coś zauważył i mówi: „Trzech pojechało na koniach i coś pociągnęli za
sobą za ogonem." Ja wyskoczyłem po schodach, on później. Dogoniłem
ostatniego i zatrzymałem. Mówię: „Taki nie taki". Po ludzku, choć miałem
stracha, to krzyczałem. On: „Hasło!" „Job twoja mać, ja ci dam hasło!" On
pokazuje karabin. Ja mówię: „Już się skończyło to z karabinem. Masz się
stosować tak jak my chcemy." On mówi: „Mam rozkaz od dowództwa naszego
zabrać tę kobietę, bo wydaje naszych ludzi.'1 Ja: „To rozwiąż ją od ogona!"
Patrzę a wyskakuje dwóch w beretach kobiecych z organistówki przy kościele.
Widać musiała im powiedzieć, że ma pieniądze i tam rabowali. Ten mówi: Zaraz
odwiążę od ogona, jeśli żądasz, tylko zamelduj o tym sołtysowi." Patrzę, a
ten strzelił w ogon i ją zabił. Mówię: „Coś ty zrobił?" „Idź ty job twoju
mać. Masz szczęście, że nas nie obchodzisz!" I odjechał. Zameldowałem o tym
sołtysowi, a ciało zaniosłem na cmentarz i zakopałem. I cisza do dzisiaj.
Ani Niemcy ani Ruscy mnie nie ruszali. Na miejscu można było połknąć śmierć.
Rosjan było ponad 30-stu. Zabita kobieta przez Ruskich to żona kościelnego
Bednarczyka. Została zabita za córkę, która zadawała się z Niemcami i
donosiła na nas. Kościelny był porządnym człowiekiem. Uciekł do syna i ze
strachu umarł.
Poznaniacy „Błyskawica" i „Sęp" zorganizowali akcję na Kryńszczak w celu
zdobycia broni. Była tam składnica niemiecka utworzona na otwartym polu i
chcieliśmy ją rozbić. Nie udało się nam, było nas za mało. Podczas odwrotu
bracia Poznaniacy pokłócili się. Jeden poszedł na Biardy. Na otwartym polu
przy lesie była urządzona przez Mongołów ze szkoły w Biardach zasadzka. My
poszliśmy na Krynkę, na ogrody państwowe. Czekaliśmy. A szpice naszego
oddziału poszły w jedną i drugą stronę do lasu i tych Mongołów wycięły.
Zginęło kilkunastu ludzi. Myśmy ocaleli. Od nas poszedł w szpicy Wróbel,
który nie wrócił. Wróg zatrzymał się, myśmy się cofnęli. Co robić? Dowódca
wysłał trzech ludzi na rozpoznanie. Zobaczyli oni przez lornetkę dużo
kręcących się Niemców koło Kryńszczaka. Cofnęliśmy się do Jaty, do obozu.
Później 7 kilometrów do domu. Po trzech dniach wrócił Wróbel. Schował się
pod gromadę gałęzi. Niemcy szukali bagnetami, ale go nie odkryli.Partyzanci
z ruskiego oddziału chcieli osiąść koło naszego obozu. Ale nasze dowództwo
się nie zgodziło i musieli ustąpić 5 km w kierunku na Czach i Emilianówkę,
na rezerwat leśny. Tam się urządzili i trudno było koło nich przejść cywilom
od tamtej strony do nas. My mieliśmy swoją drogę do Jaty koło księdza
Brzóski, niedaleko na Nowinkach przez błota i bagna, po śluzach i pniach
drzew specjalnie ułożonych.Przychodzi mocna zima 1943 roku. Chłopaki
zaczynają narzekać, że zimno, bo nie można było palić dużych ognisk w lesie,
bo krążyły samoloty zwiadowcze i obserwowały teren.
Na wiosnę był zrzut broni. Angielski czy sowiecki nie mogę powiedzieć, ale
był na Jagodnym blisko Jaty. Nazrzucali broni krótkiej, długiej, granatów,
amunicji. Starczyło nam tego do przyjścia Rosjan w 1944 roku.Często nasze
chłopaki jeździli po żywność. Szkodzili wywalali pociągi, m. in. pod Białą
Podlaską.
1943 -1944 rok
W Jacie ksiądz Bogucki komunikował naszych żołnierzy jak szli na akcję. Co
sobotę. Z Domanic woziliśmy go do Jagodnego i stamtąd do Jaty.
1944 rok
Był 1 maj. Dostaliśmy rozkaz: ja Antoni Zając, Stanisław Strzałek ps.
„Mrówka", Wacław Bednarczyk, Zygmunt Cegłowski porucznik lotnictwa, Zygmunt
Wróbel ps. „Trzmiel", Marian Bańkowski, Zdzisław Goschowski ps. „Orzech",
żeby stawić się do Jaty na godzinę dwunastą. Było nas około ośmiu chłopaków,
bo i z kolonii śmiarskiej dołączyło kilku do naszej grupy. Wyruszyliśmy o
godzinie j edenastej.
Zameldowaliśmy się do dowódcy Jaty komendanta „Ostoi". Zaraz wyposażono nas
w broń i dano kwaterę.
W obozie otrzymaliśmy rozkaz pilnowania dojść do obozu, dlatego, że Rosjanie
próbują atakować nasz obóz. Był to kamuflaż, bo chodziło o coś innego.
Zatrzymano nas. Obozu pilnowaliśmy przez pierwszą noc, a na drugą wszystkich
nas podzielono i wysłano na akcję do Łukowa. Mieliśmy pilnować Niemców,
kiedy duże siły partyzantów będą wkraczać do Łukowa, aby zorganizować
defiladę przed siedzibą gestapo z okazji 3 Maja. Nie tylko nasza placówka z
Jaty, Domanic i Wiśniowa, ale dołączyli do nas z Lubelszczyzny. Byli nawet
ludzie z Kocka, którzy dołączyli do nas jak staliśmy na warcie przy młynie
na szosie w kierunku Jedlanki.
Stoimy cały dzień (3 maja). Głód i chłód. Nie ma nic do jedzenia. Nareszcie
przed wieczorem dostaliśmy prowiant, co nas wzmocniło. Dostaliśmy też po
porcji wódki oraz wojskowe ubranie, aby 3 Maja dobrze wyglądać. Czyli
jesteśmy już prawdziwym wojskiem.
Jeden do drugiego przekazał rozkaz, aby ściśle przebadać swój teren i
sprawdzić, jakie są siły niemieckie. Chłopaki wykonują rozkaz i szykują się
na 3 Maja. Jeszcze napływa ludzi ze wszystkich Stron, dołączają coraz
większe siły, bo taki jest rozkaz.
Niestety rano o godzinie siódmej wojska niemieckie są nierozpoznane. Niemcy
zwiedzieli się i zapełnili rynek i inne wolne miejsca w Łukowie. Dużo jest
niemieckich samochodów. Tłok Czekaliśmy do godziny jedenastej, że ta
sytuacja jest może tylko przejściowa, że pojadą dalej na wschód. Nieprawda.
Czekaliśmy do trzeciej. Dowództwo mówi: „Po wszystkim. Godzina czwarta po
południu 3 Maja wycofać się". Ale nie można dać znać o tym na wschodnią
stronę Łukowa. Namówili pewną kobietę, żeby poszła. Kupiła do koszyka jajek
i tak dalej i poszła szosą na drugą stronę pomiędzy Niemcami. Wszystko
zostało odwołane. Wieczorem wróciliśmy do Jaty.8 maja zostaliśmy zwolnieni
do domów. Była nas gromada. Nie od razu kazali wszystkim iść. Z Jastrzębia
było około 50 ludzi. Iść grupą to Niemcy mogą coś podejrzewać. I tak po
pięciu, po dziesięciu odchodziło. No i na Domanice nas siedmiu się
wybrało. Doszliśmy do jastrzębskiej drogi, która idzie na Domanice i na
kolonie Mroczkowskie. Jedni idą na las na Dąbrowę, a drudzy na Zażelazną. Ja
mówię: „Chłopcy coś czuję, że będzie źle, chodźcie idziemy na Mroczki. Tutaj
pomiędzy budynkami na koloni w razie czego jest gdzie się ulotnić. Tam
Niemcy pojedynczo nie będą stać. A za Zażelazną mogą być". Cegłowski -
porucznik - mówi: „Masz Zając rację". Posłuchali się. Poszliśmy w pięciu na
las na Dąbrowę, a Zdzisław Goschowski z kolegami poszedł do wuja do
Zażelaznej, który miał imieniny. Zdzisław naszykował się, że sobie popije.
My doszliśmy na Kolonie Śmiarskie. Mieliśmy do domu 2 kilometry, a tu
słychać jak odezwały się karabiny maszynowe z kierunku Zażelaznej. Myślę: „A
widzisz. A masz!" Wycofaliśmy się za kolonie Śmiarskie i przeczekaliśmy do
nocy.
Trochę się posililiśmy no i do domu. Zza Zażelaznej przyleciał goniec z
powiadomieniem, że sześciu ludzi jest zabitych. Młode chłopaki uciekali do
lasu i wszystkich ich zabili.
Niemcy zabili Edmunda Bańkowskiego, Ryśka Pucyka i Jana Zająca.
Goschowski i Ownowski, kowal z Jagodnego, który był u narzeczonej, zostali
schwytani. Związali ich, na fury rzucili i zawieźli do Domanic. Mieli oni
szansę ucieczki koło cmentarza, ale nie skorzystali z tego. Może nie mogli.
Niemcy zawieźli ich do Emilianówki. Po dwóch godzinach bijąc kołkami,
znęcając się, zabili ich u sołtysa pomiędzy zabudowaniami. Na miejscu kaźni
kazali ich zakopać przez miejscowych chłopów. Niemcy pojechali do Seroczyna,
gdzie stacjonowali.
Antoni Biernacki w międzyczasie dał znać do Olszyca, do Domanic, do naszych
Akowców, do Kopci do komunistów, żeby zrobili zasadzkę i zaskoczyli Niemców
w drodze powrotnej i wybili ich. Niestety Niemcy pojechali inną drogą,
wykręcili na Leszczyny i Budy, tak, że nasi się tego nie spodziewali i
zasadzka się nie udała. Należało się obsadzić wszystkie drogi i wtedy Niemcy
dostaliby się w ręce naszych chłopaków.
Po piętnastu dniach ojciec jednego z zabitych Jan Goschowski załatwił
pozwolenie na wydobycie syna i jego kolegi i na pochówek na cmentarzu.
Podczas odprawianej Mszy św. W kościele za zmarłych przyleciał goniec i
zabrał nas na drugą akcję. Gdy odeszliśmy ludzie myśleli, że Niemcy otaczają
Domanice i wszyscy pouciekali z kościoła. Dopiero po paru godzinach ciała
zostały pochowane przez starszych ludzi. Młodzi bali się, że Niemcy
skorzystają z tej okazji, otoczą Domanice i zaczną represje i
prześladowania.
Wodynie lato - wiosna. 1944 rok
Jak chowaliśmy kolegę z Domanic Zdzisława Goschowkiego ps. „Orzech" to do
kościoła przyleciał Kazimierz Wysocki z rozkazem, żeby się stawić na miejscu
zbiórki.
Wraz z Zygmuntem Wróblem doszliśmy do zagajnika nr 1. Tam stały już wozy.
Dowódca kazał nam wsiadać, zabrał dokumenty i naprzód. Akcja Wodynie.
Rekwizycja.
Gospodarzyli tam Niemcy, ale placówka wodyńska dała znać, że gospodarstwo
jest wolne od Niemców, wyjechali.
Gdy dojechaliśmy do Olszyna, to jeden z koni zgubił podkowę i kulał. Zaraz
miejscowy kowal Jan Pietrzak, nie wyprzęgając konia, podkuł go. Trwało to
bardzo krótko. Po paru minutach jedziemy furmanką parokonną, druga
pojedyncza i dojeżdżamy na kolonie Wodynie.
Około godziny dwunastej, kilometr przed Wodyniami wysłaliśmy szpicę na
wywiad, czy nie ma niebezpieczeństwa. Jak była wolna droga to ruszyliśmy.
Jedni opanowali budynki, ruszyli do magazynów po żywność, inni obstawili
cały folwark. Z budynku mieszkalnego wypędzili wszystkich domowników (około
5 osób - 2 młode panie, jedną starszą, 2 mężczyzn) na werandę i kazali im
się nie ruszać. Ja pełniłem przy nich wartę.; Akcja trwała około jednej
godziny. Gdy odjeżdżaliśmy starsza pani wręczyła nam paczkę ze 100 opaskami
biało-czerwonymi, za które podziękowałem. Szczęśliwie wróciliśmy do Jaty.
Czerwiec 1944 rok
Akcja Burza. Wyszliśmy w teren. Na naszym terenie nie potykaliśmy się, a
większość chłopaków pojechało do Siedlec.
Po wyzwoleniu
Niedaleko Domanic w ziemiankach stacjonowała Dywizja Polska. Żołnierze,
wśród których byli i Polacy i Ruskie mieszkali w barakach, w lesie pod
Smiarami. Stamtąd uciekło trzech żołnierzy. Wałęsali się przez parę
miesięcy. Wojsko ścigało ich aż do skutku. Złapali ich i NKWD przy
zgromadzonych ludziach pokazowo rozstrzelało ich w Smiarach. Zakopani
zostali na skrzyżowani dróg obok pola Radzikowskiego. On zwrócił się do nas,
aby ich zabrać i godnie pochować. Zwróciliśmy się z tym do Bogdana
Piotrkowskiego. Jego matka, Irena Piotrowska, która była w Czerwonym Krzyżu
przywiozła z Siedlec prześcieradła i jak oddziały wojskowe odeszły w
kierunku Warszawy i było pusto, gdzieś po miesiącu zabraliśmy ich. Było to
na jesieni. Poszliśmy do księdza Błachnia, który mnie znał, aby ich
poświęcił, kiedy będą przenoszeni. W dzień przygotowaliśmy grób a w nocy
koło północy uprzedzony ksiądz poświecił zabitych i pochowaliśmy ich na
cmentarzu w Domanicach obok żołnierzy poległych w 1939 roku. Było to tak
zorganizowane, że na drugi dzień nic nie było widać i mało, kto o tym
wiedział.
19 marca 1945 lub 1946 roku na Józefa.
Spalenie gminy
Była to prowokacja polityczna, żeby aresztować Akowców.
Przyleciał do mnie szwagier z Parceli Posiadała, który zaobserwował w
sklepie u Redesa około siedmiu nieznanych ludzi. Przyszedł do mnie i mówi
tak: „Wstawaj!" - ponieważ ja, gdy drzwi się otwierały szybko nakryłem się
pościelą - „Będzie się gdzieś palić. Albo ciebie podpalą albo kogoś innego,
ja uciekam." Czyli podsłuchał rozmowę komunistów, którzy bawili się na
imieninach na Józefa.
Lecę do gongu alarm zrobić, bo już gmina się pali. Zza płotu wyskakuje
mężczyzna: „Stój! Na ciebie czekam! Taki nie taki!" „Co ja ci zawiniłem?
Puść mnie będę alarmował." „Specjalnie to zostało zorganizowane, żeby was
wyłapać, bo na nas ludowców naciskacie." Mocna to była prowokacja. Mówię:
„Puść, bo z rodziną pójdziesz do ziemi! Ty nie zaczynaj ze mną. My się was
nie boimy." On: „Po go to
wszystko zostało zorganizowane, żeby cała wieś została wypalona z twoimi
budynkami."
Wreszcie ustąpił mi tyle o ile, a ja cofam się niby do domu. On woła: „W tył
zwrot, bo cię rąbnę!" Cofnąłem się jakieś 50 metrów i buch przez podwórze,
nie na swoje, tylko do ognia. Minąłem ogień, dolatuję do remizy, a tam już z
15 chłopów stoi z kubłami i szpadlami, i tych bandytów stoi ze siedmiu albo
dziesięciu. Bardzo dobrze ich znałem. Jak zobaczyli, że ludzie się zlatują,
to uciekli, znikli z oczu.
Ogień się rozszalał, był ogromny, bo drewno budynku gminy było suche -
dobre, dach się już palił. Jak dolecieliśmy gmina i budynki gminne już się
dopalały. Zaczęła się palić świetlica. Blisko, bo około 8 metrów stał dom
Czepielewskiego. Czchowskie chłopy leli wodą, piachem sypali na dom.
Uratowaliśmy go, bo tak by spalili całą wieś. Spaliła się tylko gmina i
świetlica. A wiatr był taki, że jak gmina się paliła to te wszystkie księgi
i • papiery szły przez Domanice i padały aż na kolonie około półtora
kilometra.
Później z rana przyleciał do mnie z Kopci Szurek. Mówi: „Podobnież byłeś
przy tym?" „Tak, ale chcieli mnie zastrzelić. Tak, cholera!" Ale nic się nie
stało i nie aresztowali mnie. Szurek pojechał do Siedlec i wszystko
wytłumaczył, że to pijani komuniści zrobili. I tak zostało.
Po tym my strażacy pojechaliśmy do lasu, wycięliśmy dębinę, zrobiliśmy krzyż
i postawiliśmy na miejscu starego, bo stary przy gminie spłonął. Krzyż był
nie poświęcony przez kilkanaście lat. Dopiero ksiądz Wolski i to zza parkanu
po drugiej stronie ulicy poświęcił ten krzyż. Do krzyża nie podszedł przez
ulicę. Czy się obawiał, czy co, trudno powiedzieć.
Czekamy, co dalej będzie. Za rok trzeba gminę postawić. Przychylną nam była
nam Uziębłowa, bo w tym czasie została wybrana do Wojewódzkiej Rady
Narodowej i Warszawie. W ciągu roku postawiono nową gminę. To był dla nas
duży zaszczyt.Potem dowiaduję się, że to byli to sami Józefowie (sześciu Józefów), a ten,
co mnie trzymał to jego ojciec też był Józefem. On tam też razem z nimi był,
a to wszystko familia z Kopci, Czach i z Domanic. Byli zatwardziałymi
komunistami.
Dożynki
Ciągnęło się to z półtora roku aż zorganizowaliśmy dożynki powiatowe.
Na naszym terenie nie było szosy. Same piachy. Szosę już miały Przywory,
Kolonie Domanickie, a same Domanice nie. Przed dożynkami starosta zarządził
budowę szosy, z warunkiem, że gospodarze nawiozą kamieni. Jan Piotrkowski,
prezes Straży Pożarnej, miał piwnicę po ojcu po kartoflach i z rozbiórki jej
kamienie przeznaczył na szosę. Każdy pomagał i tak z drogą doszliśmy przez
wieś Domanice, około 600 metrów.Dożynki udały się. Było około 500 ludzi. Byli i partyzanci i bandyci, ubowcy
i milicja. Ci wszyscy po cywilnemu z bronią. Prosiliśmy naszych chłopców,
żeby nikogo nie ruszać i nie wszczynać zaczepek.Z komunistów był taki jeden, który służył po sąsiedzku u Zająca, mego
stryja. Jak się w Siedlcach z nim spotkałem to mówiłem, że urządzamy takie i
takie coś, i żeby ubowcy nie ruszali nikogo, nie aresztowali, bo będzie
wielki bój. Żeby o to poprosił dowódców. Ale już prawdopodobnie starosta
Grala poprosił o to milicję, żeby tylko sprawowała ścisły nadzór nad
dożynkami. Z Jaty był „Ostoja" ze swoimi ludźmi. Jakby się coś zaczęło to
byłaby walka i duże straty wśród ludności. No i udało się piękne było
przedstawienie i zabawa przez całą noc.Nikogo z nas Akowców Ubowcy nie ruszyli. Chodzili, bawili się, tylko jeden
drugiemu się przyglądał. Nasi Akowcy też byli uzbrojeni i w razie czego
żaden z Ubowców nie wróciłby do Siedlec.
1950 rok
Jak zorganizowała się Straż Pożarna, to zaprosiła kierowniczkę szkoły
Uziębłową do naszej świetlicy i poprosiła, aby ta zorganizowała jakieś
rozrywki i zajęcia dla młodzieży (około 50 chłopców i 60 dziewcząt), aby
zapobiec rozbojom i demoralizacji.Został zawiązany Komitet, którym kierowała kierowniczka Uziębłowa.
Postanowiliśmy zorganizować dożynki w Domanicach.Trzeba było robić próby. Robiliśmy to co sobotę. Młodzieży przychodziło
bardzo dużo, jak na zabawę i trzeba było ją co raz uspakajać.Nareszcie w remizie odbywa się przedstawienie. Uda się, czy się nie uda, a
przyjechał inspektor z Siedlec do p. Uziębłowej Procno. Przyjechał on na
przegląd naszego przedstawienia.Już pół przedstawienia żeśmy pokazali, gdy w tym czasie wchodzi uzbrojony
żołnierz i krzyczy do wszystkich: „Padnij!" Wszyscy jak jeden leżą. Ja i
koledzy mieliśmy wartę porządkową przy drzwiach. Padłem w progu, kolega
obok, trzeci dalej. Wszyscy leżeli prawie jeden na drugim, bo ludzi było
dużo (około 40). Wszyscy w końcu leżą a on mówi: „Po raz pierwszy mówię żeby
zgłosił się ten, co przyjechał i zebranie tu organizuje!" Nikt się nie
zgłasza. Po raz drugi (my go widzimy): „Jeżeli się nie odezwie to go
przymusem weźmiemy!" Po raz trzeci. „A ja jestem" - mówię. Ma inspektora searpać albo i zastrzelić. Cholera go wie! Sam nie wiem kto to, czy UB, czy
partyzantka, bo jeszcze istniała ale do nas nie przychodzili. „Dlaczego od
razu nie mówisz?" „Bo mam czas" - mówię. „Ja ci dam czas!" No i poprowadził
mnie koło cmentarza, tam gdzie teraz jest piekarnia. Był tam lasek, zagajnik
koło kościoła. Wychodzi z niego trzech ludzi uzbrojonych lepiej niż UB, na
cały tydzień amunicji na sobie mieli, granaty, pasy do erkaemów. Widzę, że
to nie śmiechy i do nich żartobliwie: „No i co panowie od nas żądacie? Od
ciemnych ludzi, co my się ratujemy, że aby nie pić tylko zabawę zrobić.
Przyjechał inspektor nadzoru z; Siedlec zaproszony przez kierowniczkę
szkoły, no i właśnie tutaj dzisiaj jest, ale prosiłbym, aby go nie
prześladować, bo on nic nie winien." „Ale do komuny zapisuje!" „O teraz wiem
- mówię - z kim rozmawiam. Panowie znakiem tego ja gwarantuję, o ile mnie
znacie, może mnie znacie, że na mojej sali nie ma komunistów. To
gwarantuję!" Z piętnaście minut rozmawiali ze mną. „No to idź, ale pamiętaj
żeby nikt nie został z twojej poręki zapisany do komuny!" Ja mówię: „Dobra!
A jak ktoś się zapisze i nie będę widział. Każdemu wolno." „Uważaj, bo
będziesz ty odpowiadał za całość!" Ja mówię: „Dziękuję!" „Idź,tylko nie
oglądaj się!" Patrzę a wychodzi ich do cholery, jak kaczki na wodę. Gdy
wszedłem do remizy mówię: „No wstawajcie, tylko żebyście do PPR ani jeden
nie zapisał się bo oni będą wiedzieli i do każdego trafią. Co będę dalej
mówił. Wstawajcie! Na moją odpowiedzialność! Nic wam się nie stanie. No, ale
zebranie kazali zakończyć, a jak skończycie to lepiej, bo może co innego
napłynąć (czyli UB może za nimi nadciągnąć). Zebranie zostało zakończone.
Byli to partyzanci, dawni Akowcy, ale zostali bandytami. Poginęli podczas
rabunków i porachunków między sobą.
Straż Pożarna
Wracam do Straży Pożarnej. Dostaliśmy pisemko, ze przyjedzie do nas z
Siedlec Ignatowicz - komendant Straży, na zebranie. Było nas ze dwudziestu i
dużo młodzieży. Z niej utworzono przy Straży Sekcję. Nas było 14 sekcyjnych
do obsługi sikawki, motopompy i bosaków, bosaków młodzież miała się
przyglądać naszej pracy na przyszłość. Ignatowicz miał taką politykę, żeby
robić przy Straży konspirację, ponieważ mieliśmy różne prawa jak jechaliśmy
do ognia, Niemcy nas nie zatrzymywali, a jak dobrze gasiliśmy to jeszcze
dawali nam nagrody. Komendantem rejonowym na Olszyc, Domanice *i Przywory,
bo istniały na naszym terenie tylko trzy Straże, był Lewandowski z Siedlec.
Dużo rozmawialiśmy z chłopakami i wciągaliśmy ich do AK, NSZ. Bardzo
świetnie się to odbywało.
Jak żeśmy postawili na zgliszczach gminy krzyż, to potajemnie, bo to jest
niewola rosyjska, żeby Polacy się przyglądali, przybiliśmy deskę z napisem:
Zwyciężymy, 3 Maj 1950 r. I do dziś te słowa, tylko mocno zatarte przez
czas, widnieją na tej desce. I krzyż jest już zniszczony, nie ma go komu
poprawić.
Bohdan Piotrowski, syn Wacława i Ireny, ur. 12.01.1908 r. w Wiskachpow.
Radzyń Podlaski. Dowódca placówki Armii Krajowej Domanice Ośrodek Nr 4
Wiśniew - „Wiśnia" Obwód Siedlce - „Sowa", „Jesion", pseudonim „Cygan".
Organizował akcje na posterunek Niemców i Własowców w Domanicach w 1943r.,
obstawę i przyjmowanie zrzutów alianckich w okolicy Woli Wodyńskiej i
Jagodnego. Przy pacyfikacji Domanic przez Niemców organizował obronę wsi. Za
działalność w Armii Krajowej po wyzwoleniu został wywieziony do ZSRR na
Syberię
Wacław Rejmak, ps. „Hiszpan", „Ostoja" (ur. w 1917 w Motyczu koło
Lublina, zm. 18 października 1945 roku) - kapitan Ukończył Seminarium
Nauczycielskie w Lublinie, następnie Szkołę Podchorążych Piechoty w
Komorowie koło Ostrowi Mazowieckiej, którą skończył w 1939 roku z II lokatą
i został skierowany do 19 pułku piechoty do Lwowa. W wojnie obronnej 1939
roku walczył m. in. pod Kutnem. Przebywał w obozie jenieckim w Działdowie,
skąd z powodu choroby, zwolniono go do domu. Ponownie został skierowany do
obozu w Radomiu, skąd wyciągnęła go jego była nauczycielka ze szkoły w
Lublinie. Do konspiracji włączył się na przełomie 1940 i 1941 roku. W 1943
skierowany do obwodu łukowskiego, gdzie zorganizował i dowodził oddziałem
Kedywu. Brał udział w wielu akcjach. W maju 1945 negocjował ujawnienie
swoich żołnierzy. Aresztowany przez UB, osadzony w więzieniu na Pradze,
zwolniony po amnestii w sierpniu 1945 roku. Wkrótce, 18 października 1945
roku zastrzelony wraz ze swoim adiutantem podporucznikiem Mieczysławem
Kańskim ps. „Czeczot" na szosie w pobliżu wsi Pociecha koło Garbowa przez
funkcjonariuszy UB. Pochowany na cmentarzu w Motyczu. /na podstawie:
www.pl.wikipedia.org/wiki.Waclaw_Rejmak/




W dniu 19 09 2010 miałem zaszczyt osobiście poznać autora
powyższych wspomnień Pana Antoniego Zająca. Jest on człowiekiem bardzo
otwartym, sympatycznym, i niezwykle żywotnym. Rodzina Katyńska, PTTK
O/Podlasie, Parafia i Gmina Domanice wspólne zorganizowaliśmy na terenie
"Jaty" spotkanie partyzantów z młodzieżą przy pomniku AK. gdzie autor
wspomnień je podpisywał. Szkoda tylko że leśnicy z tutejszych lasów nie
stanieli na wysokości zadania. No cóż dla nich liczą się tylko kubiki
drewna. Kiedyś to i leśnicy byli inni. Ale to inne czasy, odległa historia.
To właśnie na tym spotkaniu, otrzymałem od
autora zgodę na publikacje jego wspomnień w Internecie.
Powyżej zamieściłem fotografie z tego właśnie spotkania.
 |
|